Jak król Jagiełło oblegał Brodnicę

Materiał stworzony przez Piotra Grążawskiego
Artykuł pochodzi ze strony www.legendybrodnicy.tnb.pl

Cały wielki półwysep krymski powoli pogrążał się w ciemnościach nocy. Dżelal ed din wychodził właśnie z łaźni. Przodem szedł jego wierny przyjaciel i strażnik Usuł, trzymając w zagiętym kikucie ręki bez dłoni- którą stracił pod Grunwaldem, zasłaniając ed Dina przed krzyżackim toporem - płonące łuczywo. Obok kroczyło dwóch niewolników, niosąc części uzbrojenia wodza Złotej Ordy. Dochodzili już do wielkiego namiotu emira, gdy nagle z mroku wyłoniło się kilka milczących postaci, trzymających w rękach krótkie, zakrzywione miecze. Na ich widok Usuł momentalnie odrzucił pochodnię, po czym desperacko ruszył na obcych, krzycząc przeraźliwie:
- Ratuj się panie ! To siepacze emira Edygeja !
Wraz z ostatnim słowem padł jak piorunem rażony, pod ciosami mieczów napastników. Dżelal ed Din zdołał jeszcze wykonać jeden krok, zanim błyszczące ostrze rozpłatało mu głowę...
Tak zginął wódz Złotej Ordy, uczestnik sławnej grunwaldzkiej bitwy, wasal i poplecznik księcia Litwy - Witolda. Była to zemsta pokonanego ledwo rok wcześniej emira Edygeja, który wspomagany przez ruskich bojarów starał się zdobyć władztwo nad Tatarami. Wówczas, na samym początku owych zbrojnych starań, odniósł nawet pewien sukces, doprowadziwszy do osadzenia na opustoszałym tronie krymskim swojego kandydata Kerim Berdiego ale książę Witold ani myślał go uznać. Mając na zamku w Wilnie najmłodszego syna potężnego niegdyś chana Tochamysza - Betsub Ułana, zebrał wokół niego tylu ordyńców ilu się dało, dodał mu swoich wojów, po czym na początku 1413 roku popchnął wyprawę na Krym, po tron Złotej Ordy. Szczęście sprzyjało zamiarom. Krótka, gwałtowna kampania, trwająca właściwie tylko przez lipiec, doprowadziła Betsub Ułana tam gdzie chciał jego możny protektor- na chański tron większości Złotej Ordy.

***
Powoli mijały trzy lata od zakończenia wielkiej wojny między Królestwem Polski a Zakonem krzyżackim. Zakończenia, przypieczętowanego niezbyt korzystnymi dla Królestwa postanowieniami układu toruńskiego z 1411 roku. Przez owe trzy lata Jagiełło próbował metodami dyplomatycznymi zmienić nieco postanowienia układu, zwłaszcza w sprawie odzyskania niektórych zagrabionych przez Zakon ziem, jednak rokowania przedłużały się w nieskończoność, zaś cierpliwość królewska topniała z każdym miesiącem.
25 kwietnia 1414 roku, do grabiańskiego zamku nad rzeką Prosną przybyli wysłannicy Jagiełły i oczekującym na nich posłom krzyżackim wręczyli dokument- ultimatum z listą konkretnych żądań królewskich. Wynikało z nich, że jeżeli Zakon chce utrzymać pokój, to musi zwrócić Polsce Pomorze Gdańskie, ziemię chełmińską, ziemię michałowską, wszystkie posiadłości krzyżackie na Kujawach, nadto oddać Drezdenko i Santok, zrzec się pretensji do Żmudzi, wypłacić wysokie odszkodowania książętom mazowieckim jako rekompensatę za straty wyrządzone podczas wcześniejszych najazdów...
Dla posłów krzyżackich było jasne, że wielki mistrz Michał Kuchmeister nie może przyjąć nawet ćwierci tych żądań, nie mówiąc już o spełnieniu całości. Prawdę powiedziawszy to i król nie spodziewał się tego. Obie strony mediowały już bez wielkiego przekonania, a raczej jedynie po to aby bałamucony przez negocjatorów czas spożytkować na zbieranie wojsk, czy opatrywanie zamków.
Groźba wojny zawisła w powietrzu.
W maju, gdy z królewskiego polecenia Zawisza Czarny kończył werbować w Czechach zaciężnych, krzyżacy kończyli główne prace przy umacnianiu nadgranicznych zamków. Spieszyli się, bo szpiedzy donosili o zbierającym się polskim pospolitym ruszeniu i prawdopodobnym zamiarze królewskim pójścia najkrótszą drogą pod Malbork. Prawdopodobnym, gdyż pewności co do kierunku spodziewanego ataku nie mieli i mieć nie mogli, bowiem nie znali go nawet członkowie rady Jagiełły.
Tymczasem, do wyznaczonych przez monarchę miejsc koncentracji ściągały liczne zastępy zbrojnych. Do Wolborza koło Piotrkowa napływali głównie Małopolanie, zaś pod Zakroczymem gromadzili się zwłaszcza Wielkopolanie i Mazowszanie. Wkrótce ściągnął tam sam książę litewski Witold, prowadząc z sobą kilkanaście tysięcy Litwinów, Rusinów, oraz trzy tysiące Tatarów ze Złotej Ordy dowodzonych przez porywczego chana Betsub Ułana.

***
- Miasto i zamek są opatrzone jak zawsze ale żeby znieść długie oblężenie, trzeba nam jeszcze wiele sprzętu wojennego, uzupełnienia zapasów żywności - komtur Brodnicy Jan Speth rozłożył ręce - Wiosenna powódź uszkodziła fosę, znacznie zamuliła kanały odwadniające, a tu sami bracia widzicie, wciąż jeno deszcz. Nawet lekkie wozy grzęzną na drogach...
- Widzimy, taaak - Wielki mistrz Michał Kuchmeister przeciągnął słowo - Z waszych relacji, bracia, wynika, że cała granica "opatrzona jak zawsze". Nas to nie zadowala. Większość zamków na linii Drwęcy potrzebuje miesiąca, może nawet dwóch, ba! i to pod warunkiem, że Pan nasz Wszechmogący sprawi pogodę ! Tymczasem doniesiono mi, jakoby Jagiełło kazał zebrać armię do Wolborza, zaś nasi bracia z Inflant twierdzą, że lewym brzegiem Narwi, ku granicy podąża książę Witold, ciągnąc z sobą pogańską armię. Wszystko idzie jak cztery lata temu. Jeżeli teraz całą potencję skierują na nadgraniczne zamki ziemi chełmińskiej, powtarzając manewr z 1410 roku, to...
- Mogą ugrzęznąć w nadrwęcznych bagnach - wtrącił Speth. - Zamek w Kurzętniku może sforsują szybko ale do zdobycia Brodnicy, nawet nie w pełni opatrzonej, będą potrzebowali wielkich sił, dużo czasu i ciężkich armat.
- No, te już ciągną ze wschodniego Mazowsza- odezwał się ponuro wielki marszałek Eberhard von Wallenfels. - Nasi szpiedzy zauważyli, iż pod Warszawą budują dla nich specjalną przeprawę przez Wisłę.
- Przeprawę przez Wisłę ?! - komtur Pokarmina Helfrich von Drahe nie krył swego zdziwienia, zmieszanego z podziwem - Toż niepodobna tego dokonać w taką pogodę! Wisła niemal na całej długości szeroko wyszła z brzegów, a nurt ma miejscami taki jak górski potok.
- Jagiełło to nieprzewidywalny władca, zdolny do najbardziej szalonych przedsięwzięć - stwierdził Kuchmeister, po czym ciężko podniósł się z ławy. Podszedł do okna i chwilę patrzył niemy na wieże Malborka. - Cztery lata temu, mało kto przewidział, że skrócą drogę przechodząc Wisłę po moście jakiego przed nimi, tak wielkiego, nikt tak szybko nie zrobił.
Wielki mistrz odwrócił głowę w stronę siedzących za długimi stołami komturów i dostojników Zakonu - Część z was już to wie. Brat mego poprzednika, komtur Gdańska von Plauen zdradził Zakon. Kilka dni temu uciekł do Jagiełły. Jest teraz jego dworzaninem.
- Dworzaninem ?! U tego neofity ?! - nie wytrzymał von Drahe.
- Dawno już przestałem myśleć o królu polskim w ten sposób, a i was bracia przestrzegam przed jakimkolwiek lekceważeniem ! - Kuchmeister machnął ręką i usiadł na swoim miejscu.
- Von Plauen zna doskonale nasze miasta, twierdze. Jeżeli wojska Jagiełły zdołają skoncentrować się tak licznie jak nam donoszą, to teraz atak na południową granicę i ...rady zdrajcy, jedynie brodnicki zamek może wytrzymać. W dodatku dziś; tylko pierwszy impet. - Mówiąc to patrzył na komtura Brodnicy Jana Spetha - Trzeba przyspieszyć prace. Za szczupłe mamy siły aby stanąć wrogowi w polu. Największa nadzieja w zamkach...

***
Tymczasem polskim obozem wstrząsnęła katastrofa. Oddziały Mazowszan, chcąc zdążyć na miejsce koncentracji, usiłowały przeprawić się na drugi brzeg Wisły po prowizorycznym moście zbudowanym w okolicach Warszawy. Kiedy znaczna część piechoty przeszła przeprawę, na wyraźnie nadwerężoną konstrukcję wtoczono ciężkie armaty i wozy. Nagle pod naporem tego ciężaru, wspieranego wartkim nurtem spienionej rzeki, pękły liny spajające tratwy, po czym wszystko runęło w kipiącą topiel. Bezpowrotnie przepadły działa, wozy, żołnierze. Opóźniła się koncentracja królewskiej armii.
Dopiero 24 lipca pod Zakroczmiem, Jagiełło mógł uznać, iż zdołał połączyć wszystkie człony swojego wojska. Dzień później, w strugach ulewnego deszczu, potężna armia królewska ruszyła w kierunku granicy pruskiej.

Polskiego władcę kusiła możliwość uderzenia najkrótszą drogą, prowadzącą do serca państwa zakonnego, wprost przez nadgraniczne zamki, ale strata wielu dział, niesprzyjająca pogoda, powodująca, że podejścia do rzeki Drwęcy -i tak bagniste - stały się ryzykowne do przebycia dla wielkiej armii, zadecydowały, iż król postanowił ominąć rzekę w jej górnym biegu, po czym skierował wyprawę drogami przez puszcze, wprost do Prus Górnych.
Tuż przed granicą Jagiełło rozdzielił wojska na dwie grupy, które jednocześnie miały zaatakować zamki w Nidzicy i Działdowie. Zanim jednak główna część armii przeszła granicę Prus, władca wydał milczące zezwolenie na wcześniejszą akcję wojsk tatarskich, wspomaganych lekką jazdą litewską.
Wczesnym rankiem, 25 lipca chan Betsub Ułan wyprowadził swoich bezlitosnych wojowników z puszczy okalającej rubieże Nidzicy i zanim jeszcze nastał świt runęli na uśpione miasto, spaliwszy każdy przysiółek, czy zagrodę mającą nieszczęście leżeć na trasie ich morderczej rejzy. Wprawdzie zaalarmowani wielkimi pożarami mieszczanie Nidzicy zdołali odeprzeć pierwszy atak, to jednak Betsub Ułan, mając świadomość tego, że wkrótce dotrze pod jej mury główna armia Jagiełły, ani myślał tracić czas na obleganie. Szerokim wachlarzem puścił swoje oddziały po okolicy, zaś te dokonały tak straszliwych zniszczeń wokół miasta, iż oglądający to wszystko z wysokości murów Nidzicczanie zupełnie stracili ducha walki. Gdy trzy dni później nadeszła pierwsza fala wojsk królewskich, dowodzona osobiście przez polskiego władcę, niemal z marszu wtargnęła do miasta. W mgnieniu oka rozniosła oddziały wystraszonych mieszczan, zatrzymując się dopiero u stóp wzgórza dzierżącego na sobie dobrze opatrzony zamek prokuratorów krzyżackich. Tutaj, doskonale wyćwiczona załoga, zasypała napastników gradem strzał, osadzając ich na miejscu.
Gdy do Malborka dotarły pierwsze wiadomości o niszczycielskich skutkach polskiego najazdu, wielki mistrz początkowo wziął je za przesadne.
- A jeżeli nawet- tłumaczył braciom- To rzecz zwyczajna przeprowadzić pierwsze uderzenie tak aby strachem zmiękczyć serca.
Tyle, że kolejni wysłannicy komturów przynosili coraz gorsze wieści. Mówiono jakoby w niektórych okolicach ogarniętych przez wojsko królewskie, nawet kamień na kamieniu rzadko gdzie zostawał, a nadzwyczaj ruchliwa lekka jazda litewsko-tatarska, niczym zły duch, pojawiała się w kilku miejscach naraz nie oszczędzając nikogo i niczego.
Jeszcze 30 lipca wieczorem, wielki mistrz zwołał wszystkich obecnych w Malborku dostojników na naradę, podczas której zadecydowano, iż aby zyskać na czasie- wielki marszałek Eberhard von Wallenffelsen uda się do obozu Jagiełły, oferując mu ziemię michałowską, Nieszawę, Murzynno w zamian za choćby krótki rozejm. Jednocześnie Michał Kuchmeister rozkazał koncentrację rycerstwa ziemi chełmińskiej.
Król Polski łatwo przejrzał zamiary krzyżackie. Posłów wprawdzie przyjął ale za tak niską ofertę ani myślał powstrzymywać wojnę.
Odwrotnie ! Na teren państwa krzyżackiego skierował nowe oddziały. 2 sierpnia, jego rycerze z ziemi lubawskiej dotarli do zamku kapituły chełmińskiej, który cztery lata temu ominęli - do Kurzętnika. Pomimo próśb samego biskupa chełmińskiego Arnolda o oszczędzenie jego dominium, lubawianie podeszli pod zamek i miasteczko, z zamiarem rozpoczęcia oblężenia. Wysłali też do dowódcy kurzętnickiej załogi propozycję aby poddał zamek bez walki, w zamian za bezpieczeństwo dla ludzi, oraz majątku. Ku ich zaskoczeniu, Niemiec skwapliwie przystał na takie dictum, po czym wydał rozkaz wpuszczenia Polaków bez żadnego oporu. Tyle, że spragnieni walki i rozgrzani poprzednimi potyczkami lubawianie błyskawicznie "zapomnieli" o przyrzeczeniu, co objawiło się natychmiastowym podpaleniem twierdzy, po czym doszczętnym, brutalnym złupieniem miasta, kaplicy i biskupiego folwarku.
Tymczasem główna armia króla polskiego posuw wala się naprzód, znacząc każdy krok bezmiernym spustoszeniem. Cale zachodnie Mazury kąpały się w krwi i ogniu. Gdy na początku sierpnia, Polacy dotarli w okolice Grunwaldu, gdzie cztery lata wcześniej stoczyli zwycięską bitwę, wprost z marszu roznieśli krzyżacką kaplicę, zbudowaną w 1412 roku dla uczczenia ofiar Zakonu.
Wielki mistrz zorientowawszy się co do charakteru tej wojny, nie mogąc z wielu względów stawić oporu w polu, rozkazał niszczyć wszystko to, co gdyby wpadło w ręce zdobywców mogłoby im pomóc w aprowizacji olbrzymiej armii. Uciekającej ludności nakazano zabierać ze sobą bydło, każdą miarę zboża, najmarniejszą żywność. To czego nie zdołano unieść -palono. Płonęły miasteczka takie jak Olsztynek, mniejsze zamki, wsie, przysiółki, stodoły, młyny, zboże na pniu...Kraj w który wkraczali zwycięzcy przypominał raczej upiorny popielnik.
16 sierpnia, król był już pod Lidzbarkiem warmińskim. Tam jednak utknął, bowiem komtur Pokarmina Helfrich von Drahe, któremu powierzono obronę, zdążył doskonale zabezpieczyć potężny zamek i miasto.
Zostawiwszy zatem tyle wojska ile potrzeba do skutecznego zablokowania oblężonego miasta, Jagiełło pchnął oddziały na Jeziorany, Barczewo, Bisztynek, Reszel, Biskupiec, zaś te poszły niczym śmiertelna nawałnica wyrzynając obrońców i zamieniając kwitnące miasteczka w kupy gruzów.
*****
W szóstym tygodniu wojny armia Jagiełły wciąż posuwała się do przodu, pozostawiając po sobie swoisty korytarz szerokości 5 -6 mil (około 35 kilometrów), gdzie jak to zanotował kronikarz niemiecki - "nawet trawa w popiół obrócona została". Król jednak nie miał wyraźnego konceptu co do kierunku uderzenia. Porzuciwszy niezdobyty Lidzbark Warmiński, skierował wyprawę na północny wschód, w kierunku Królewca. Poprzedzały ją niszczycielskie zagony lekkiej jazdy tatarsko-litewskiej. Rycerstwo koronne posuwało się o wiele wolniej, już to z powodu ciężaru olbrzymich taborów, lub z przyczyny rozmytych, grząskich od ciągłego deszczu dróg. Powoli pojawiała się kolejna przyczyna - głód.
Dowóz żywności z Mazowsza był nie tylko niewystarczający ale dodatkowo uszczuplały go ciągłe ataki załóg krzyżackich z zamków Ostródy, czy Działdowa.
Wkrótce Jagiełło doszedł do wniosku, iż w tych warunkach kontynuowanie marszu na warowny Królewiec, nie wróży powodzenia. Postanowił zatem powoli kierować ostrze wyprawy do serca państwa zakonnego, na ziemię chełmińską...
Tymczasem Krzyżacy otrząsnąwszy się nieco po porażkach, zdecydowali o przystąpieniu do ataku. Jeszcze pod koniec sierpnia na niemal ogołocone z wojska północne Kujawy, spadła gwałtowna wyprawa odwetowa, której skutkiem było całkowite zniszczenie Sępolna, Kamienia Krajeńskiego, Koronowa i paru mniejszych miejscowości, aż do Noteci. Chwilę później komtur Torunia Jan von Selbach poprowadził rycerzy ziemi chełmińskiej, wraz z najemnikami, do samego środka ziemi dobrzyńskiej, zdobywając Lipno, a także niszcząc każdą osadę aż do Rypina.
Wczesnym rankiem 31 sierpnia Jan Speth wyprowadził brodnicką chorągiew i sforsowawszy Drwęcę oraz rozległe przyrzeczne bagna, uszykował swoje oddziały do marszu na zamek dobrzyński (Dobrzyń nad Wisłą), mając zamiar zaatakować niejako "po drodze" Rypin, wraz z okolicznymi folwarkami. Dobrze wyposażona wyprawa z dużym impetem przeszła granicę, by kilka godzin później...utknąć na dobre w rozlewiskach Rypienicy. Komtur Speth mając poważne obawy o to czy kontynuowanie marszu nie doprowadzi do - dosłownie - utopienia oddziału, nakazał wszystkim zawrócić. Zmoczeni ciągle padającym deszczem, zmarznięci, ubłoceni Krzyżacy wrócili do Brodnicy, nie zwojowawszy niczego.
O rezjach Zakonu król dowiedział się w momencie, gdy jego oddziały zostawiwszy warowny fromborski zamek, plądrowały samo miasto. Nie oszczędziły też dóbr kanoników, zagarnąwszy im całe stada bydła, które potem ciurom kazano popędzić aż pod Pasłęk.
Wypadki na Kujawach i Mazowszu dawały Jagielle wyraźny znak, gdzie należy bez ociągania skierować wszystkie siły, aby przynajmniej zablokować krzyżackie wypady, a niszczycielską kampanią w sercu zagospodarowanego, kwitnącego kraju, zmusić jego władców do ustępstw. Natychmiast poderwał armię. Za radą swojego dworzanina von Plauena, zarządziwszy obejście doskonale przygotowanych do obrony zamków w Pasłęku, czy Elblągu, popchnął całą potencję na południe, po kolei miażdżąc mniejsze twierdze w Dzierzgoniu, Przezmarku, Prabutach. Potem trzydzieści kilka tysięcy jego ludzi rozniosło Zalewo, Miłomin, Susz, Kisielice, nie wymieniając dziesiątek mniejszych miejscowości lub osad.
10 września 1414 roku wieczorne niebo rozświetliły ogniste łuny płonącego Biskupca pomorskiego. Obwieściły one , że oto król Polski stanął u wrót ziemi chełmińskiej.
Przez szpiegów krzyżackich dotarła wówczas do Malborka wiadomość, której Jagiełło bynajmniej nie ukrywał; - oto następne uderzenie pójdzie na Chełmno i Toruń, na główne ośrodki zachodniej części ziemi chełmińskiej.
*****
- Dobrych oddziałów zaciężnych mam sporo, a komtur von Selbach to doświadczony dowódca i dzielny rycerz. - Dowodził na malborskim zamku wielki marszałek von Wallenfels. - Ale co innego bronić tylko zamku, zaś co innego wraz z miastem. Zanim przybyłem do was bracia - tu skłonił się w stronę ław zajętych przez dostojników Zakonu - Uzgodniłem z komturem, że przed Starym Miastem należy rozebrać dwa kościoły szpitalne, aby nie przeszkadzały w obronie północnej strony Torunia. Jak uznamy taką potrzebę, to zrównamy więcej budowli, nie w tym kłopot. Kłopot jest w tym, iż nie jesteśmy pewni mieszczan toruńskich, tego, czy przy ciężkich warunkach oblężenia jakiego buntu nie podniosą. Już raz doświadczyliśmy, że wierność stanów tej ziemi wobec Zakonu jest...
- Wiemy- przerwał Kuchmeister- Zresztą Jagiełło wysłał niedawno do stanów listy oskarżające Zakon o brak dobrej woli w rokowaniach. Gdybym miał dość sił, to bym tu bracia doradzał przyjąć bitwę w polu...Ba ! Gdybym miał ! Ostatnia wiadomość od mistrza inflanckiego Dytrycha Torka powiada, iż przyśle nam oddziały, ale za...miesiąc. Szybkiej koncentracji wojsk z innych części Prus niepodobna przeprowadzić, bo albo odgradza je Jagiełłowa armia, albo zabagnione drogi.
Wielki mistrz spojrzał w wielkie, ostrołukowe okno - O, macie. To samo od czterech miesięcy, jeno deszcz - zamyślił się.
- Królowi polskiemu przecie też przeszkadza - zauważył biskup chełmiński Arnold.
- Tyle biskupie, że on już tu jest ! Z całą armią, a my na koncentrację czasu nie mamy. W tej sytuacji, najlepszym wyjściem byłoby zatrzymanie go w jednym miejscu bodaj na tydzień. Jeżeli tym miejscem ma być Toruń, to tak musi być, choćby trzeba było paru mieszczan powiesić razem z burmistrzem Rothem !
Ostatnie słowa wielkiego mistrza szczególnie mocno odbiły się echem od ścian wielkiej sali. Gdy przebrzmiały, nastała cisza. Przerwał ją spokojny głos marszałka von Wallenfelsa.
- "Zatrzymanie w jednym miejscu" - powtórzył za Kuchmeistrem. - Do tego doskonale nadaje się Brodnica. Zamek i miasto doskonale obwarowane, właśnie ukończono jego zaopatrywanie. Ma trudne podejścia pod mury, do tego nam w pobliżu znaczne oddziały zaciężnych, które mogą wesprzeć załogę.
- Na początku wojny komtur von Speth donosił o trudnościach - przypomniał wielki mistrz.
- Tych już prawie nie ma - zapewnił marszałek. - Cała okolica za murami opróżniona z jakichkolwiek zapasów, zaś przed miastem spalono wszystko, co by mogło przeszkodzić w obronie. No...w ostateczności można nawet zatopić znaczną część doliny.
- Wybornie, wybornie ! - rozłożył ręce wielki szpitalnik Herman Gans - Tylko jakim cudem namówisz bracie króla aby łaskawie zechciał tam skierować swoje wojska ?
Eberhard von Wallenfels zmrużył oczy - To, to akurat chyba wiem jak zrobić ...
*****
Jagiełło właśnie kończył wieczorne pacierze, gdy do jego namiotu wpadł przyboczny - Miłościwy panie Tatarzy schwytali krzyżackiego posłańca !. Rycerz Mikołaj z Sandomierza czeka przed wejściem.
Król wykonał znak krzyża na koniec modlitwy, po czym wyprostowawszy sylwetkę zdecydował - Proś !
Przyboczny zawahał się przez moment i dodał - Jest z nim ten poganin, chan Betsub.
- Proś !
Gdy weszli, Jagiełło odebrawszy ukłony, wskazał im niskie zydle. Patrząc na Mikołaja, uniósł brwi do góry.
- No, co przynosisz ?
- Królu, nasz podjazd schwytał krzyżackiego posłańca...
- To wiem. Gdzie on jest ?
Mikołaj podrapał się nerwowo po głowie - Tatarzy go trochę za mocno ...Znaczy źle zatrzymali - tu puknął w blachę swojego pancerza.
- Czego zatem chcesz ? - spokojnie zapytał Jagiełło.
Rycerz wymownym wzrokiem spojrzał na Betsub Ułana, a Tatar błyskawicznie wyciągnął zza pazuchy opieczętowany rulon i przekazał królowi.
- Miał przy sobie to pismo - dodał Mikołaj.
Monarcha złamał pieczęć, rozwinął rulon, po czym chwilę uważnie lustrował łaciński tekst. Gdy skończył, krótki czas ważył coś w głowie. Zawołał przybocznego - Proś księcia Witolda i pozostałych dowódców.
Wkrótce namiot wypełnił się dostojnikami wielkiej armii, w większości tworzącymi radę królewską. Nieco zziębnięci, przemoczeni od deszczu, czekali aż Jagiełło uzna, że zebrała się ich wystarczająca liczba aby mógł zacząć. Minęło kilka pacierzy, nim to nastąpiło. Król rozpoczął bez żadnych wstępów:
- Dziś dostało się w nasze ręce poufne pismo marszałka Zakonu von Wallenfelsa i komtura brodnickiego Spetha, do wielkiego mistrza. Proszą w nim Kuchmeistra o natychmiastowe przysłanie choćby czterystu zaciężnych i sprzętu wojennego do zaopatrzenia zamku i murów miasta Brodnicy. Piszą, że umocnienia, a nawet mury są znacznie nadwerężone przez tegoroczną powódź. Proszą też o dostawy żywności, bo stare zapasy w razie oblężenia nie wystarczą, zaś nowych nie ma z czego zrobić, bo zboża, od deszczu, pogniły na pniu.
Wśród powszechnej ciszy, Jagiełło wymownie uniósł rulon do góry.
- Uważamy to za wskazanie, od czego zacząć dobywanie ziemi chełmińskiej.
*****
Mgła otulała całą dolinę, pozwalając dostrzec jedynie rozmazane kontury wież i murów, pokrywając wszystko kropelkami rosy, Świt nadchodził z opóźnieniem, jakby zapowiadając kolejny, pochmurny dzień początku września 1414 roku. Betsub Ułan patrzył na Brodnicę oczami wilka złaknionego nowej zdobyczy. To, że nie od razu nie mógł zobaczyć miasto w pełnej jego krasie, podniecało tylko wyobraźnię Tatarskiego wodza. Kreśląc w myślach obrazy, skracał sobie jednocześnie czas oczekiwania na powrót zwiadowców.
Wkrótce z pobliskich zarośli wybiegło na polanę kilka skulonych postaci, a dopadłszy do nóg chana, zastygły w oczekiwaniu. Betsub Ułan niecierpliwie szurnął nogą najbliższego z pochylonych Tatarów. Ten opuścił głowę jeszcze niżej, po czym natychmiast zaczął mówić:
- Efendi, panie mój, jedyny władco Złotej Ordy, niech Allach pomnoży twoje dni. Przed nami spore miasto, zewsząd otoczone wysokim, grubym murem. Wiele baszt, wież. Przed nim z jednej strony rzeka, zaś z innych prawie w całości okala je fosa. Na podejściach wycięte wszystkie drzewa. Spalone i zburzone wszystkie budowle, jakie kiedyś musiały tam stać...
- A bramy ? - przerwał chan.
- Bram dużych naliczyliśmy siedem. Wszystkie mocne, z wieżami, dobrze pilnowane. Przy jednej, tej od naszej strony, słychać było konie. Musieli je zapędzić między mury ze spalonych stajni. Kilka furt w murach za małych do szturmu, bo wąskie na jednego człowieka...
Wtem na polanę wpadł ubłocony ordyniec. Zatrzymał się w pewnej odległości od Betsub Ułana, padł na kolana i natarczywy wzrok wbił w oblicze władcy.
- Mów !
- Efendi, niewierni otworzyli bramę i wypuszczają konie na łąkę przed nami !
W istocie, poprzez opary rzedniejącej mgły, widać było ze wzgórza zajętego przez czambuł, że na rozległy plac przed murami miasta wybiega stado kilkudziesięciu koni. Z obu boków pędziło je kilkunastu konnych pachołków, najwyraźniej kierując tabun w kierunku niewielkiego rozlewiska rzeki, położonego o strzał z kuszy od najbliższej baszty Brodnicy. Krótkim, gardłowym okrzykiem chan przywołał do siebie dwóch starszych rangą Tatarów. Chwilę coś gwałtownie im tłumaczył, po czym jednym machnięciem ręki odprawił obydwu od siebie. Ci natychmiast przepadli w leśnych chaszczach, gdzie najwidoczniej ukryci byli ich wojownicy.
Tymczasem w dolinie parobcy zapędzili już konie do brzegów rozlewiska i ze spokojem przyglądali się stadu. Nieco dalej, na murach Brodnicy, leniwie chodziły grupy strażników, bardziej zwracając uwagę na baraszkujący w wodzie tabun, niż na przedpola miasta. Tylko, zwierzęta przyjemnie mąciły spokój wstającego dnia, jakby ciesząc się jednym z niewielu poranków tego lata, gdy nie padał deszcz...
Wtem od poszarpanej linii lasu, lezącego na północno-wschodnich wzgórzach otaczających Brodnicę, zaczęły odrywać się dziesiątki ruchomych punktów. Pierwsi owo dziwne zjawisko zauważyli strażnicy z potężnej, zamkowej wieży, której szczyt niepodzielnie panował nad doliną, dorównując poziomem wierzchołkom wzgórz. Przez kilka krótkich chwil, przebijając wzrokiem rzedniejącą mgłę, ze zdumieniem obserwowali całe zajście, a zrozumiawszy co się dzieje, z całych sił jęli dmuchać w piszczałki. Na murach i wieżach Brodnicy momentalnie wszczął się nadzwyczajny ruch, bowiem pilnujący ich knechci, nie mogąc od razu dostrzec przyczyny alarmu, poczęli nerwowo wyglądać przez blanki, lub biegać to tu to tam, dla znalezienia lepszego widoku.
Tymczasem doliną wstrząsnął potężny, dziki okrzyk - Ałła ! Ałła ! Ałła ! Przerażeni pastuchowie dostrzegli błyskawicznie wynurzające się z mgły sylwetki Tatarów. Wydając z siebie okropny wrzask, pędzili oni wprost na popasający tabun, wyraźnie mając zamiar odciąć mu drogę od murów Brodnicy. Nie było na co czekać. Parobcy zostawiwszy konie Panu Bogu, mknęli co sił w stronę wciąż otwartej bramy, przed którą wypadł niewielki oddział knechtów uzbrojonych w długie tyki. Najwidoczniej próbowali osłonić jedyną drogę ucieczki. Było już jednak za późno na skuteczne działania. Prowadzący atak Tatar gwizdnął przeraźliwie na piszczałce jakiś umówiony sygnał. Na jego dźwięk część ordyńców odbiła ku bramie, puściła cugle i kierując końmi jedynie nogami, jednocześnie poczęła zdejmować z pleców łuki. Wkrótce grad strzał niemal rozniósł knechtów.
Druga grupa dopadłszy ogarniętych popłochem pastuchów, wyrżnęła ich w mgnieniu oka, po czym wprawnie otoczywszy końskie stado- popędziła je na wzgórza. Łucznicy dokonawszy nawrotu, raz jeszcze zasypali strzałami niedobitki obrońców bramy i mknąc wzdłuż fosy, posłali kilkadziesiąt pocisków pomiędzy blanki miejskiego muru, w zaskoczonych strażników. Pędzili tak jakiś czas, szczodrze puszczając strzały, aż na dźwięk piszczałki skierowali konie w stronę lasu, gdzie niebawem zniknęli.
Tak skończył się ranek pierwszego dnia oblężenia. Lecz dzień miał przynieść jeszcze wiele zdarzeń. Tuż po południu, na północno- wschodnim horyzoncie dostrzeżono dymy. To przednie oddziały wielkiej armii Jagiełły, prowadzone przez wielkiego księcia Litwy- Witolda, porzuciwszy krótkie oblężenie Nowego Miasta , które bez większego przekonania próbowały zdobyć, szły teraz szeroko rozlaną falą, paląc, tratując wszystko co tylko stało na drodze pochodu. Niektóre duże grupy odrywały się od głównej masy i przyspieszając wcześniej docierali do obrzeży doliny. Schodząc w dół, miotali straszliwe wyzwiska i obelgi pod adresem krzyżackiej obsady miasta. Odpowiedź zza murów Brodnicy była dość słaba. Knechtowie ukryci za blankami murów, założyli strzały na łoża kusz i trwając w pogotowiu ze spokojem, choć ponuro spoglądali na schodzące ze wzgórz gromady najeźdźców. Inaczej na wojsko księcia Witolda patrzyli mieszczanie, których przedstawiciele zrzeszeni w cechach rzemieślniczych, mieli przywilej -obowiązek stanowić część załogi strzegącej bram. Ci mieli myśli raczej pełne troski; już to o rodziny, już to o warsztaty. Bo cóż czekało jedno i drugie, gdyby ta groźna, nieokrzesana masa wojowników wdarła się do miasta ?...
Komtur w otoczeniu konwentu braci obserwował wszystko ze szczytu najwyższej zamkowej wieży. Poranna utarczka z Tatarami miała dla niego jedynie takie znaczenie, iż stanowiła początek tego, czego od jakiegoś czasu i tak się spodziewał. Spokojnie wymieniał z braćmi krótkie uwagi...
Tuż przed zachodem słońca, pod Brodnicę dotarł książę Witold. Był to jeden z tych nielicznych wieczorów ówczesnego lata, gdy gęste zazwyczaj chmury przebijały promienie słoneczne. Pojawiła się nawet kolorowa tęcza. Książę, otoczony doborowymi oddziałami litewskich i ruskich bojarów, kłusując na potężnym, bojowym rumaku, wyglądał wspaniale. Bez hełmu, w lekkiej, szmelcowanej zbroi, z rozwianym skrzydłem płaszcza, marsem na twarzy - przypominał wielu swoim wojownikom jakąś postać z ich pogańskich mitologii, które ciągle w skrytości hołubili. Jego widok, a pewnie nawet sama świadomość, że oto już jest wielki kniaź, zmęczonym wojakom wyraźnie dodawała animuszu. Naraz wzbierający tłum zafalował, po czym bez żadnego ładu ruszył do chaotycznego szturmu, próbując to co się w niektórych miejscach udawało- zdobyć twierdzę z marszu. Tu jednak spotkała ich za to sroga reprymenda, bowiem czuwające wojska krzyżackie powitały nacierających ulewą strzał, i innych pocisków tak, iż nawet mało który dotarł do krawędzi fosy, o wdarciu na mury nie wspominając.
Szturm załamał się równie nagle, jak zaczął, zaś nieco skonfundowani napastnicy przystąpili do zwykłej w takich razach roboty oblężniczej, poczynając od budowy szałasów. Gdy nadszedł wieczór, setki ognisk otoczyły miasto, tworząc po prawej stronie rzeki Drwęcy szerokie, gorejące półkole.
14 września 1414 roku do powstającego obozu pod Brodnicą dotarł trzon armii Jagiełły, dowodzony osobiście przez króla. Powoli, w dość luźnym szyku wjeżdżały w dolinę sławne, bitne chorągwie rycerstwa małopolskiego, mazowieckiego, śląskiego...Raźno maszerowały zaciężne roty czeskie, węgierskie i te, których narodowości nikt nie dochodził, dość, że dobrze walczyli za pieniądze.
Monarcha natychmiast zwołał radę wojenną, a zaraz po niej zarządził budowę kilku mostów na Drwęcy, po których mogły by przejechać wozy z zaopatrzeniem. Mosty potrzebne były także do utrzymania bezpośrednich kontaktów z rycerstwem ziemi dobrzyńskiej, których chorągwie właśnie nadciągały, aby obsadziwszy dojścia do Brodnicy na lewym brzegu rzeki- zamknąć oblężenie.
Wkrótce przybyły tabory, a wśród nich armaty, eskortowane przez piechotę mazowiecką. W trzy dni po porannym ataku Tatarów, pod Brodnicą stacjonowało ponad trzydzieści tysięcy oblegających !
Właśnie owego trzeciego dnia rozpoczął się właściwy szturm. Tuż przed południem huknęły armaty. Kilkadziesiąt kamiennych kul pomknęło błyskawicą w stronę murów miasta i...odskoczyło od nich, odłupując marne wióry. Jedna salwa, druga, trzecia...dwudziesta... Ruszyła piechota litewska, mazowiecka, małopolska. Jedni trzymali w dłoniach naręcza faszyny, czy wręcz zwykłych, naciętych gałęzi, drudzy dzierżyli szerokie drewniane tarcze, mające chronić atakujących przed pociskami, których, jak bardzo słusznie się spodziewano, obrońcy żałować nie będą. Za osłonami czaili się też łucznicy.
Gdy już niemal doszli do brzegów fosy, nagle, ku zaskoczeniu dowódców królewskich - plunęły krzyżackie działa. Wprawdzie przypuszczano, że Brodnica je posiada, ale jak wynikało z dość dramatycznego listu przechwyconego na granicy ziemi chełmińskiej, nie miało ich być aż tyle !
Tymczasem atakujący zostali zasypani mnóstwem pocisków, które z łatwością rozłupywały drewniane tarcze, miażdżyły hełmy, zgniatały ludzi.
W miejsca, gdzie kule niszczyły drewniane osłony, pozostawiając piechurów bez osłony, natychmiast uderzały żądła strzał, wypuszczane przez kuszników krzyżackich, bezlitośnie dziesiątkując napastników. Wszystko co zdołali wrzucić do fosy, było natychmiast porywane przez wezbrane wody i unoszone z prądem. Choć wysiłek nie był daremny, bowiem płynące kawałki drewna, zmieszane z wiązkami faszyny, zahaczały o brzegi, powodując zatory. Z minuty na minutę, przekształcały się one w swoiste- jeszcze zdradliwe- mosty pod mury. Gdy komtur dostrzegł niebezpieczeństwo nakazał kilka armat nakierować na te zatory aby je rozbić. Jednak skutek był mizerny, bowiem kule przenikały drewniane plątaniny, znikając w wodzie, to też wkrótce Jan Speth rozkaz odwołał.
Na przedpola miasta nadciągało coraz więcej atakujących, zarzucając fosę wszystkim co było pod ręką.
Król Jagiełło obserwujący szturm ze wzgórza, początkowo wyraźnie zaskoczony niespodziewaną siłą i determinacją krzyżackiej obrony, uznał, iż mimo rosnących strat atak należy podtrzymywać aż do zachodu słońca. Nakazał też zmienić stanowiska artylerii, w ten sposób, żeby kilka armat ostrzeliwało naraz jeden fragment muru, z bliższej odległości.
Rychło się okazało, że taki manewr nic nie dał, ponieważ artyleria królewska była zbyt lekkiego kalibru i jej pociski nie wyrządzały umocnieniom Brodnicy większej szkody. Jakby nie dość tego, to znów padający deszcz zamoczył źle przechowywane zapasy prochu...
Przez kolejne dni prowadzono ataki mające tylko jeden cel- zasypać fosę. Prowadziła je niemal wyłącznie piechota, osłaniana przez oddziały łuczników ukrytych za grubymi, drewnianymi płytami.
Tymczasem Tatarzy Betsub Ułana, dostawszy milczące zezwolenie od monarchy polskiego i całkiem wyraźne polecenie księcia Witolda, ruszyli w okolice niczym głodna wilcza wataha. Już drugiego dnia oblężenia Brodnicy, spalili i splądrowali pobliskie, opuszczone Michałowo. Że nadzwyczaj sprawnie im to poszło, w parę pacierzy po tym poszli czambułem omiatać rozległy obszar pomiędzy Nowym Miastem na południowym wschodzie, aż do niemalże rogatek Torunia na północnym zachodzie. Był to jednak teren martwy, który wyludnił się zaraz po otrzymaniu wiadomości o pochodzie wielkiej armii. Wieści o niszczycielskiej sile wojsk Jagiełły, zwłaszcza jej tatarsko-litewskiej forpoczty, daleko wyprzedzały maszerujące wojska. Zresztą Krzyżacy, gdzie tylko mogli urządzali akcje odwetowe. Krew się lała, barbarzyństwo prześcigało barbarzyństwo. Książęta śląscy służący królowi, widząc niepotrzebne okrucieństwo dotykające ponad miarę ludność niszczonych krain, 19 września wysłali swoich posłów do Malborka z propozycją aby ten wypuścił z niewoli kobiety i dzieci polskie, które Zakon zagarnął w czasie wypraw do północnych księstw Królestwa. Upomnieli się też o dzieci litewskie, porwane przez inflancką gałąź Krzyżaków w sierpniu 1414 roku podczas licznych wypraw odwetowych. Pismo wystosowane do Kuchmeistra sugerowało niedwuznacznie, że w przypadku pozytywnych gestów, Jagiełło postąpi podobnie z rzeszami jeńców zdobytych w Prusach. Przedstawiciele stanów pruskich, wyraźnie przerażonych wtargnięciem do ich bogatej prowincji, roznoszącej wszystko w proch, wielkiej armii, dowiedziawszy się o inicjatywie książąt śląskich, wsparli ich stanowisko, znacznie zwiększając nacisk na wielkiego mistrza, aby położył kres wyniszczającej wojnie.
Ta jednak żarzyła się właśnie najgorętszym płomieniem. Znaczna część kraju Zakonu krzyżackiego tonęła w morzu gruzów i popiołów. Na olbrzymich połaciach ziemi zniszczone uprawy wróżyły najgorszą z plag - głód. Ale do zwycięstwa Jagiełły było jeszcze daleko, bo oto nad owym morzem ruin, niczym groźne memento, górowały niezdobyte główne twierdze Pruskie, a liczebnie potężna armia Jagiełły miała coraz większe trudności z zaopatrzeniem. Krzyżackie wypady, wciąż padające deszcze, połączone z nadchodzącymi jesiennymi chłodami, dodatkowo komplikowały aprowizację.
Wielki mistrz, wytrawny wódz, doskonale wyczuwał spadek bojowego ducha u przeciwnika. Coraz bardziej głodni wojowie Jagiełły, nękani pojawiającą się już dyzenterią, z coraz mniejszą werwą atakowali niewzruszone mury Brodnicy. Brak ciężkich dział powodował, że niewiele mogli im zrobić...
Tymczasem Krzyżacy poczęli pomału odzyskiwać inicjatywę. W drugiej połowie września dotarły do Prus świeże oddziały inflantczyków i niemal od razu wdarły się do pozbawionych większych wojsk Kujaw. Komturowie mający do dyspozycji większe oddziały ruszyli w pole. Komtur Pokarmina Helfrich von Drahe spacyfikował północne Mazowsze, a w tym samym czasie knechci komtura Toruńskiego złupili i spalili kujawskie Gniewkowo. Komtur Ostródy Jan von Bichau odbił Nidzicę. Wielki marszałek von Wallenfels, stojąc na czele kilku zaciężnych rot, zepchnął buszujący w pobliżu Chełmna czambuł Tatarów. Próbował potem ścigać go aż do obozu pod Brodnicą, gdzie kierował się czambuł. Ale Tatarzy niezbyt wytrzymali w bezpośrednim starciu, gnębieni pościgiem - pokazali swój drapieżny pazur, wybijając tak wielu przeciwników, że w końcu marszałek ich zaniechał.
Król był zaniepokojony. Już wiedział, iż Brodnica nie będzie łatwym kąskiem, zaś cała historia z alarmującym listem komtura, opisującym złą sytuację miasta była li tylko sprytnym przedstawieniem, mającym na celu zwabienie wielkiej armii pod doskonale zabezpieczoną twierdzę. Wielki mistrz przewidywał, że owa wielka armia, bez ciężkich armat, złamie sobie na niej wiele zębów. Dochodził do tego czas, czas zdający się pracować na korzyść Zakonu. Bo ile może wytrzymać byle jak żywiony człowiek, wśród fatalnej jesiennej pogody, zmuszany do walki ?
Szturmy na Brodnicę nie przynosiły spodziewanych efektów. Rycerstwo, które w zasadzie nie brało udziału w pieszych atakach, aby nie gnuśnieć pod murami, organizowało krótkie, błyskawiczne wypady pod okoliczne zamki krzyżackie, wdając się tam w drobne utarczki z ich załogami. Widać było znużenie dotychczasowym charakterem wojny, polegającej głównie na przemarszach, niszczeniu, obleganiu, zdobywaniu. Tęsknili do bitwy w polu.
Szesnastego dnia oblężenia wrócili Tatarzy. Betsub Ułan natychmiast powiadomił księcia Witolda, a za jego pośrednictwem Jagiełłę o dużym zgrupowaniu wojsk zakonnych, przeczesującym terem pomiędzy Chełmnem a Toruniem. Król od razu wyczuł wagę wiadomości i spiesznie nakazał wysłanie kilku podjazdów z zadaniem ustalenia obozu tej grupy, jej uzbrojenia oraz liczebności.
Wczesnym rankiem poderwał chorągiew krakowską, mazowiecką- księcia Janusza, zaciężnych Czechów wraz z Litwinami jako osłoną, po czym forsownym marszem skierował oddziały w okolice Lubicza, gdzie wypatrzono umocnioną krzyżacką siedzibę, opartą o tamtejszy wielki murowany młyn. Szybki manewr tak zaskoczył Niemców, że zanim zdołali sprawić jakiś szyk, to już Małopolanie wbili się w sam środek zgrupowania, a Mazowszanie i Czesi rozrąbali je na mniejsze kupy. Każdy kto próbował ucieczki z krwawego kotła, natychmiast wpadał na bezlitosnych Litwinów.
Po krótkiej, gwałtownej bitwie mało który Krzyżak został bez uszczerbku. Sześćdziesięciu niemieckich rycerzy, ledwo ocalono z ogólnej rzezi, ale tylko po to aby trafili w jenieckie pęta. Popędzono i potem do obozu pod Brodnicą, gdzie króla czekała jeszcze jedna dobra wiadomość - poddał się pruski zamek w nadgranicznym Jasińcu.
Lecz to był koniec pomyślnych wieści. Armii zgrupowanej w dolinie Drwęcy nie było czym wyżywić. Skończyły się ostatnie zapasy. Transporty z Królestwa nie nadążały za potrzebami, zaś wokół tylko popiół i błoto. Cała południowa część ziemi chełmińskiej była tak straszliwie wyniszczona, że aby czymkolwiek napełnić puste żołądki, żołnierze Jagiełły wyrywali resztki podgniłych zbóż, które tu i ówdzie ocalały od zadeptania. Szalała krwawa biegunka. Wkrótce zaczęła zabijać więcej królewskich ludzi, niż ich ginęło w trakcie ataków na mocno już nadwerężone mury Brodnicy.
Wieczorem, dziewiętnastego dnia oblężenia, wielki głaz wyrzucony z palintononu wybił sporą dziurę w murze, tuż przy zachodniej bramie miasta. Natychmiast podciągnięto kilka dział i machin miotających kamienie aby wzmożonym bombardowaniem poszerzyć wyłom. Do późnej nocy nad zasypaną w tym miejscu fosą mknęły pociski. Krzyżacy, nie zważając na straty, pchnęli w to miejsce swoich ludzi z zadaniem naprawienia szkód. Było jednak za późno. Pod kolejnymi uderzeniami naruszony mur zaczął trzeszczeć, pękać, odpadać całymi kawałami. Nadto zapaliła się zgromadzona w wieżyczce bramy smoła, oświetlając ruinę smrodliwym płomieniem. Natychmiast wykorzystali to królewscy łucznicy, zabijając każdego kto tylko próbował cokolwiek ratować.
Było niemal pewne, że w tej sytuacji Jagiełło zarządzi na rano szturm generalny...
Tymczasem tego samego wieczoru, gdy wreszcie naruszono mury Brodnicy, do polskiego obozu, po wielu trudnościach dotarł specjalny wysłannik papieski - biskup Lozanny Wilhelm z Chalanto. Szczerze przejęty widokiem zrujnowanej krainy, setkami ofiar z obydwu stron, okropnym położeniem ludności cywilnej, wreszcie wskazówkami samego papieża, ukląkł u stóp króla błagając aby ten zgodził się na rozmowy pokojowe.
- Zali jest między chrześcijanami taka rzecz, choćby kraina, dla której warto jest tyle istnień bożych poświęcić co wojna w Prusiech zgasiła ?! -wołał. - Zmiłuj się królu ! Daj przykład saraceńskim narodom ! Niech wasz spór z Zakonem synod przy ojcu świętym osądzi. Niech on, nie miecz, głosem Salomona rozstrzygnie...
Jagiełło słuchał tych słów zasępiony, gdyż w duchu wolał jednak aby ten zatarg rozstrzygnęły jego miecze a nie synod ale sytuacja władających jego mieczami była z dnia na dzień trudniejsza, domagająca się szybkich rozstrzygnięć. Planowany na rano szturm generalny wcale nie dawał gwarancji sukcesu. W tym stanie rzeczy, inicjatywa samego papieża - to było jakieś wyjście. Porozumiawszy się ze swoimi dowódcami, wyznaczył negocjatorów na rozmowy wstępne: rycerza Mościca ze Stęszewa i znanego z rozwagi -proboszcza kruszwickiego Jana. Jeszcze tej samej nocy powiadomiono o wszystkim Kuchmeistra, w efekcie czego, tuż przed południem następnego dnia, pojawili się pod Brodnicą jego wysłannicy: biskup chełmiński Arnold oraz prokurator pokrzywnicki Alf. Także stany pruskie, od początku mające chłodny stosunek do tej wojny- zaś teraz przerażone jej brutalnością, z utęsknieniem wyglądające pokoju- postanowiły wydelegować swoich reprezentantów w osobach ; burmistrza toruńskiego Albrechta Rothe i Jana Logendorfa.
6 października 1414 roku, po dwudziestu dwóch dniach, Jagiełło wstrzymał szturmy na Brodnicę, a następnego dnia zaakceptował wynegocjowany rozejm. Na jego mocy obie strony zobowiązały się do zawieszenia działań wojennych na dwa lata.
Rankiem 7 października przerwano oblężenie, zaś w południe wielka armia ruszyła traktem do Rypina. Tam król rozpuścił pospolite ruszenie, zezwalając także na odejście armii księcia Witolda...
*****
W czasie gdy chan Betsub Ułan wojował w dalekim, zimnym kraju, pretendenci do władztwa nad Złotą Ordą niepokojąco urośli w siłę. Nic zatem dziwnego, że jeszcze tej samej jesieni poprowadził swoich ordyńców w stepy Kipczaku, chcąc dopaść swojego brata- konkurenta, ba, śmiertelnego wroga -Kerim Bardiego. Na początku grudnia 1414 roku, gdy wydawało się Betsubowi, iż już go osaczył, pojawił się w stepie wielki czambuł emira Edygeja - sojusznika Bardiego. Po gwałtownej, zażartej bitwie, pozostał na zawsze wśród traw trup walecznego wasala kniazia Witolda, chana Złotej Ordy -Betsub Ułana.
I nikt już nie pamiętał, że to jego wojownicy jako pierwsi z królewskiej armii, zaatakowali Brodnicę w owym strasznym 1414 roku.